Z fizyką nie wygrasz

Social share: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Mimo, iż widziałem to nie raz, nadal do końca tego nie rozumiałem. Kiedyś jeden z mechaników zrobił o tym wykład z częścią praktyczną.

W hangarze ustawiono jeden z małych pojazdów przeznaczonych do zezłomowania, a wprost na niego opuszczono kilkutonową konstrukcję z doczepionymi czterema kołami. Pewnie już macie przed oczami obraz zgniatanego malucha? Nic bardziej błędnego – ważąca na oko dziewięć ton konstrukcja zatrzymała się na cieniutkim jak karton dachu, a maluch nawet nie drgnął. Następnie sam usiadł na masce i tym razem w pojeździe ugięły się resory. Prawdziwa magia zaczęła się dziać jednak dopiero, gdy zaczęto odkręcać koła. Po odkręceniu pierwszych trzech nie wydarzyło się nic spektakularnego. Gdy jednak została odkręcona ostatnia śruba mocująca czwarte koło, konstrukcja runęła z impetem miażdżąc wszystko co było pod spodem. Ten pokaz naprawdę powodował opad szczęki i zwarcie w mózgu. Z czasem doszedłem do wniosku, iż pewne rzeczy po prostu należy przyjąć do wiadomości i nie pytać „Dlaczego?”.

Mój pilot miał podobne podejście do budowy maszyn którymi wyruszaliśmy na pole walki prócz jednej rzeczy – kół. Nieraz przyłapałem go gdy w środku nocy próbował przyspawać dodatkową parę czy dwie.

– Po co ci te koła?? Tylko nas spowolnią!

– A jak odstrzelą jedno czy dwa? Zawsze lepiej mieć coś w zapasie…

Temat powracał niczym bumerang, ale do czasu. Któregoś upalnego dnia mieliśmy wyruszyć z ekipą do opuszczonego szybu kopalni miedzi. Nasi zwiadowcy donieśli nam o sporej liczbie wrogich pojazdów tam stacjonujących więc szykowaliśmy się do walki. Wróg dysponował małymi, szybkimi jednostkami z nisko zamontowanymi strzelbami oraz elementami do podnoszenia wrogich maszyn tak aby nie mogły się wyrwać. Stara i perfidna jak Crossout sztuczka. Wiedziałem, że nic nie zdziałam ciężkim, uzbrojonym w działa pojazdem. Kazałem więc je zdemontować, a w ich miejsce zamontować kilka szybkostrzelnych, sprzężonych karabinów. Dodatkowo pozbyłem się większości pancerza oraz dwóch z sześciu kół. Oczywiście rano „magicznie” wróciły na swoje miejsce.

– No bo ten, tego…

Wymowne spojrzenie wystarczyło, aby pilot wziął do ręki klucz i klnąc pod nosem zaczął demontować to co w nocy w napływie nieopisanej mądrości doczepił.

Gdy dotarliśmy w pobliże kopalni już na nas czekali. Stanęliśmy na przeciw siebie niczym rewolwerowcy w samo południe toczący walkę na spojrzenia. Co chwilę któryś z chłopaków puszczał sprzęgło, a jego wóz wyrywał do przodu niczym kamień z procy by prawie natychmiast stanąć w miejscu na zaciągniętym błyskawicznie ręcznym. Wróg w końcu nie wytrzymał i kilka z pojazdów ruszyło w naszym kierunku. Wiedzieliśmy, że nie mamy dużych szans w bezpośredniej odległości więc szybko zawróciliśmy ostrzeliwując goniącego nas wroga. Zanim do walki włączyła się reszta pojazdów udało się nam wyeliminować co najmniej trzy wozy uzyskując tymczasowo przewagę. Staraliśmy trzymać się w grupach, aby wspomagać kolegów w walce ale przeciwnik dysponował szybszymi pojazdami i znaczną przewagą siły ognia na bezpośrednim dystansie. Traciliśmy pojazd za pojazdem, aż w końcu zostałem sam. Wiedziałem, że mam niewielkie szanse. Na szczęście przeciwnicy też ostro oberwali. Jeden z nich stracił praktycznie całą osłonę kabiny, a ja dysponowałem najeżonym kolcami zderzakiem. Ruszyłem więc na niego wciskając gaz do dechy. Tak bardzo skupiony byłem na tym aby go dorwać, iż nie zauważyłem jak drugi z nich zajechał mnie od boku. Nasze pojazdy zderzyły się, przez chwilę słychać było dźwięk dartej blachy, w górę poleciało konfetti części z wszystkich trzech pojazdów, a potem zapanowała cisza. Wiedziałem, że zdążyłem przebić się przez pierwszego, ale gdzie był drugi? Trochę skołowany wyjrzałem przez okno. Mój pojazd był w opłakanym stanie – straciłem całą broń, większość opancerzenia i sprzętu oraz trzy z czterech kół. Momentalnie przed oczami stanął mi obraz wymądrzającego się pilota. Spojrzałem na niego i chociaż miał założoną maskę oczami wyobraźni widziałem ten jego szyderczy uśmiech. I wtedy usłyszałem dźwięk odpalanego silnika. Skubaniec był pod nami! Siła impetu zarzuciła nasz pojazd na wroga. Jak mogłem tego nie zauważyć? Gorączkowo zacząłem rozważać alternatywy. Na szczęście silnik wrogiego pojazdu wciąż odmawiał posłuszeństwa. Nagle mnie olśniło. Ze stoickim spokojem i uśmiechem od ucha do ucha sięgnąłem do schowka. Od kiedy tylko pamiętam woziłem tam obrzyna – o tak, na wszelki wypadek. Otworzyłem drzwi i spojrzałem na kabinę, która była pod nami. Przez dziury w poszyciu dostrzegłem kierowcę, który ciągle próbował odpalić silnik. Uśmiechnąłem się do niego i wycelowałem w ostatnie koło które nam zostało. Nim oddałem strzał głośno wypowiedziałem w jego kierunku, tak aby na pewno usłyszał, jedno krótkie zdanie.

-Grawitacja to suka.

Social share: Share on FacebookShare on Google+Tweet about this on Twitter

Spichris

Miłośnik wielu gatunków gier, nie pogardzi też dobrą książką czy filmem z gatunku fantasy i science fiction. Poza rozgrywkami wirtualnymi zajmuje się również łucznictwem, uwielbia gotować.

  • Arek Szymborski

    Pytam na serio. To działa? Bo jeśli tak to pojazdy podważające mają troszke problem

    • Spichris

      No nie do końca 😉 Znaczy się w jedną stronę owszem (podnoszenie), w drugą tylko w garażu (jak dodajesz części rośnie obciążenie) – poza tym w grze nie można wysiąść z wozu 😉

      Seria tych opowiadań to lekko sarkastyczne podejście do rzeczywistych problemów występujących w grze, nie należy traktować ich jako dosłownego odwzorowania.

      Pozdrawiam.

Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. więcej informacji

Aby zapewnić Ci najwyższy poziom realizacji usługi, opcje ciasteczek na tej stronie są ustawione na "zezwalaj na pliki cookies". Kontynuując przeglądanie strony bez zmiany ustawień lub klikając przycisk "Akceptuję" zgadzasz się na ich wykorzystanie.

Zamknij